Żrem za fajerą

To mikrozapiekanka przy tym, co widziałem. A zdjęcie bezczelnie zajumałem z internetuff.
To mikroza­piekan­ka przy tym, co widzi­ałem. A zdję­cie bezczel­nie zaju­małem z inter­netuff.

Zatrzy­małem się wczo­raj na światłach, grzecznie oczeku­jąc na ich zmi­anę. Naprze­ci­wko stała ciężarówka, której kierow­ca zajadał się zapiekanką. Nie była to jed­nak potrawa rodem z tych, które z łat­woś­cią (i wielokrot­nie przekracza­jąc real­ną wartość) moż­na nabyć na stacji ben­zynowej. Nie była to nawet zapiekan­ka, jakie przy­go­towu­ją panie odziane w zgrzeb­ne far­tusz­ki w ni to bud­kach, ni to kioskach, najczęś­ciej w okoli­cach dwor­ców. Nie była to nawet buła z wkła­dem rodem z tych, które moż­na kupić w nad­mors­kich kuror­tach, a które reklam­owane są jako półmetrowe

W Kryn­i­cy Morskiej widzi­ałem reklamę zapiekan­ki o dłu­goś­ci pięćdziesię­ciu i… pię­ciu cen­tymetrów. Reklam­owano ją hasłem „więk­szej w Polsce nie zna­jdziesz”.

Nie, to była najwięk­sza zapiekan­ka jaką w życiu widzi­ałem. To był Zapiekana­tor. Ist­na maczu­ga Herkule­sa. Ba! Była wiel­ka jak kutas dinozau­ra! I spoglą­da­jąc na minę spoży­wa­jącego ją kierow­cy – równie twar­da.

Bo jak powszech­nie wiado­mo (praw­da?), w przy­rodzeni­ach koś­ci nie ma (praw­da?…). A w tej zapiekance chy­ba były, bo nie uwierzę, że Zapiekana­tor, który w zasadzie wys­tawał przez okno pasażera, mógł­by utrzy­mać się o włas­nych siłach zaled­wie w dwóch rękach.

Ten widok przy­pom­ni­ał mi pewną his­torię sprzed lat, kiedy trafiło mi się być kierow­cą na imprezie. Jak to zwyk­le bywa w takich sytu­ac­jach, szofer sta­je się najpop­u­larniejszą osobą na imprezie. Raz, bo wszyscy go kuszą „a może się jed­nak napi­jesz choć jed­nego, w końcu zaraz wyparu­je? A może zostaw­isz tu auto i jutro po nie wró­cisz?” (to po jaką cholerę nim przy­jeżdżałem?…). Dwa, bo nagle ustaw­ia się do niego kole­j­ka chęt­nych, liczą­cych na dar­mową pod­wózkę do domu.

I tak właśnie stało się tego wiec­zo­ra. W końcu sku­mu­lowała się wystar­cza­ją­ca licz­ba chęt­nych, który zapakowałem na pokład. Po drodze – w końcu jestem u siebie! — pal­iłem papierosa. A gdy to skończyłem, poprosiłem pasażerkę na prawym fotelu, dobrą zna­jomą, o podanie wody.

Jakąż to wzbudz­iło furię! Padały słowa o byciu morder­cą, który żąda tylko jej (i resz­ty zało­gi) krwi. Twierdz­iła, że odcią­ga­jąc wzrok na tę chwilę (kiedy piję, bo w końcu wodę odkrę­cam bezwzrokowo!), na pewno wpad­nę na drze­wo, tudzież tira. Jasne. Ale była trze­cia w nocy i jedyne, na co mogłem wpaść, to głupi pomysł przy­jecha­nia na kole­jną imprezę samo­cho­dem.

Na nic zdało się spoko­jne tłu­macze­nie, na nic też spoko­jne tłu­macze­nie. Byłem morder­cą, a moja kon­tr­rozmów­czyni… była pijana.

W domu na spoko­jnie sprawdz­iłem przepisy.

I ter­az następu­je spo­ra prz­er­wa. Bo zapom­ni­ałem, co wtedy ustal­iłem i ter­az odświeżyłem swo­ją wiedzę.

Nie googlaj­cie tego. Nie szuka­j­cie odpowiedzi w „szarym” internecie, bo zostaniecie znokau­towani przez set­ki sprzecznych odpowiedzi. Musi­ałem sięgnąć do źródeł, a to nic innego niż roz­porządzenia Min­is­tra Spraw Wewnętrznych.

Konkret­nie:

Roz­porządze­nie Min­is­tra Spraw Wewnętrznych z dnia 25 kwiet­nia 2012 r. w spraw­ie postępowa­nia z kierow­ca­mi narusza­ją­cy­mi przepisy ruchu dro­gowego (Dz. U. z 2012 poz. 488);

Roz­porządze­nie Preze­sa Rady Min­istrów z dnia 24 listopa­da 2003 r. w spraw­ie wysokoś­ci grzy­wien nakładanych w drodze man­datów karnych za wybrane rodza­je wykroczeń (Dz. U. Nr 208, poz. 2023, z poźn. zm.).

I co z nich wyni­ka? Przetłu­maczę więc na ludzkie: pale­nie tyto­niu lub spoży­wanie pokar­mów w cza­sie jazdy przez kieru­jącego prze­wożącego osobę pojaz­dem sil­nikowym zagrożone jest man­datem w wysokoś­ci 50 zło­tych, lecz żad­ny­mi punk­ta­mi karny­mi. Przepis doty­czy każdego kierow­cy prze­wożącego pasażerów – i tak­sówkarzy, i szofer­ów w auto­busach czy tramwa­jach, i mnie wiozącego pijanych zna­jomych.

Tylko czy picie wody to też spoży­wanie pokar­mu?