Zgniotłem gówniarzy

zebraZro­biło się ciem­no, wilgo­t­no, gów­ni­ano i zim­no. I wraz z nas­taniem listopad­owej aury statysty­ki pol­i­cyjne doty­czące potrąceń zaczęły szy­bować w górę w tem­pie, w jakim zaczęli się uwi­jać wulka­niza­torzy przy wymi­an­ie kół. Jestem przewrażli­wiony na punkcie bez­pieczeńst­wa pieszych, zwłaszcza po sytu­acji, kiedy ska­sowałem cinque­cen­to przed kilko­ma laty. Na złom trafiło uszkod­zone masą mojego ciała ciałem, będąc potrą­conym na prze­jś­ciu dla pieszych, prak­ty­cznie w jego połowie.

I dzisi­aj zgniotłem trzech gów­niarzy siłą auto­ry­te­tu i wielkim brzuchem.

Jed­na z ruch­li­wszych ulic w Zabrzu. Zarząd­ca dróg nasi­ał jed­nak prze­jść tyle, ile tylko pra­wo pozwala. Jeśli każde z nich świeciło­by w nocy, to mogli­by zlik­wid­ować okoliczne latarnie.

Jadę powoli, w sporym ruchu. Nagle wprost przed maskę, 30 metrów przed prze­jś­ciem paku­je mi się gów­niarz, który chce wymusić na autach zatrzy­manie. Dwóch jego ziomów z uciechą czeka, aż jak­iś matoł zatrzy­ma się i ich przepuś­ci. Zatrzy­małem się, fak­ty­cznie. Ale nie tak, by ich przepuś­cić, ale żeby stali na wysokoś­ci okna pasażera. Wymierzyłem palec spraw­iedli­woś­ci, god­ny uwiecznienia na kole­jnym fresku Michała Anioła. Ale nie „Stworze­nie Adama”, lecz „Opier­dole­nie mało­latów”. Wskazu­je na nich, przenoszę palec na zebrę.

Widzę jakie to chłopa­ki. Ter­az mają po 12 lat. Jeśli nie weźmie ich ktoś w obroty, to jeśli za kil­ka nie trafią za kraty, to przy­na­jm­niej będą mieli niezłą kar­totekę. A nikt ich nie weźmie, bo jeśli ojciec w ogóle jest trzeźwy, to haru­je za trzy złote na godz­inę, pil­nu­jąc mar­ke­tu. Mat­ka pewnie znana jest na dziel­ni z niepo­rad­noś­ci, chodzi z obitą twarzą, bo jej mąż to furi­at i musi odreagować. Godzi się na to, bo „mogło być gorzej”. Otacza się aurą zapachów gotowanej kapusty, pra­nia w bieżącej wodzie i braku sił na cokol­wiek, bo musi zająć się sześ­cioosobową trzód­ką podopiecznych, które cią­gle ryczą i chcą jeść.

Wiem, że nie dotrę do nich prewen­cyjnie. Wyśmieją mnie, jeśli im powiem, że stwarza­ją zagroże­nie. Dotrę do nich tylko tak, jak oni roz­maw­ia­ją.

Mówię więc: — Trzy­dzisieś­ci metrów stąd jest prze­jś­cie. Wyp­ierdalać tam. Już! — zasad­nic­zo, twar­do, bez oporu.

I… kur­wa, naprawdę pos­zli!