W Grzybologikę nie wnikam

Jeśli w Polsce funkcjonu­je coś takiego, jak moto­ryza­cyj­na blo­gos­fera, to ter­az cała ta zgra­ja huczy niczym łożys­ka w moim tra­bie. A powód jest banal­ny: Not­lauf włas­nym sumptem wydał właśnie książkę „Grzy­bologi­ka”. To zbiór jego opowiadań, w więk­szoś­ci pod­par­tych przeży­ci­a­mi, które wiążą dwa światy – starych ludzi i starych samo­chodów. Zresztą co tu dużo o tym pisać: wiele napisał Rafał z Blo­go­mo­tive, swo­je dołożył sam autor (tu moż­na księgę zamówić). Sum­ma sum­marum książ­ka w dwa dni poszła już w grubo pon­ad dwóch tysią­cach egzem­plarzy.

Złom­ni­ka czy­tam chwilę od założe­nia, jeszcze nie miał fejs­bu­ka. A kiedy go stworzył, to jak dziś pamię­tam, że za każdym razem, gdy pojaw­iła się licz­ba lajków zbież­na z jakimś odpowied­nim dla jego tem­aty­ki mod­elem, to od razu pojaw­iała się jego fota. Zamówiłem więc i ja Grzy­bologikę. Przeczy­tałem, choć więk­szość kon­tentu znam z blo­ga. Not­lauf go podra­sował i nakrę­cił. W końcu napisałem mu: „Dzięku­ję! Przeczy­tałem! Za krótkie!”. Bo tak właśnie jest.

Ojciec przy­pom­ni­ał mi dziś his­torię, która bezpośred­nio naw­iązu­je do tem­aty­ki. Może ktoś z was ją słyszał, ale zaświad­czam, że to aut­en­tyk. Sam widzi­ałem, na własne oczy. Wszys­tko odbyło się na początku lat ’90-tych. Cały Śląsk nagle poła­pał się, że zdoby­cie pasz­por­tu to for­mal­ność, więc uderzył drzwia­mi i okna­mi do okienek i je wysz­abrował. A potem połowa Śląza­ków wybier­ała cały urlop i swoi­mi malucha­mi, łada­mi i poloneza­mi ruszyła na pod­bój połąc­zonych już Niemiec.

Ruszyli i moi rodz­ice pomarańc­zowym, 5- czy 6-let­nim maluchem w trzy­tysięczną podróż odwiedza­nia rodziny i odbiera­nia dóbr.

Ale nie tylko, bo w tym samym bloku mieszkała rodz­i­na, która podob­nym wehikułem, ale już bezdziet­nie, ruszyła w podob­ny objazd. Kiedy wró­cili do domu, z gracją zajechali wyład­owanym pod dach samo­cho­dem. I zaczęli wypakowanie, w prime timie, aby wszyscy sąsiedzi widzieli, ile przy­wieźli maszki­etów. Kiedy wresz­cie cały pro­ced­er się udał, obo­je zes­zli na dół, do auta, aby odstaw­ić samochód do garażu. Facet zauważa: — Cholera, nie zamknąłem auta! Dwie min­u­ty mnie nie było i ktoś mi ukradł koło zapa­sowe!

Jego oblu­bi­eni­ca odpowia­da: - Nie, nie! Jak nas jeszcze tam (w Rzeszy znaczy – przyp. Maszynista) pakowałam, to się nie zmieś­ciłam. Więc koło tam zostało – odrzekła niezrażona.