Romet 4e vel. Yogomo MA4E: największe motoryzacyjne kłamstwo, jakie widziałem

OLYMPUS DIGITAL CAMERAZaczęło się scep­ty­cznie: ot, kole­j­na moto­ryza­cyj­na cieka­wost­ka, która póki co nie ma przyszłoś­ci. Ale dlaczego nie prze­jechać by się samo­cho­dem, który w końcu jest pol­skim pro­duk­tem (co pręd­ko okaza­ło się kłamst­wem)? A do tego jest elek­tryczny, więc od samego początku mamy pełny moment obro­towy, choć sam sil­nik nie imponu­je mocą?

Entuz­jazm rósł. Okazy­wało się bowiem, że to spar­tańskie, ale mimo wszys­tko przy­jemne wozidełko. A przy­na­jm­niej na krót­kich trasach.

Gdy wąt­pli­wa pas­ja wzras­tała, nagle okaza­ło się, że… to naj­gorsze auto, z jakim miałem sty­czność. Byłem na nie do tego stop­nia wściekły, że miałem szcz­erą ochotę fak­ty­cznie zasil­ić go ben­zyną. Nie jed­nak do jazdy, lecz… aby pod­lać nią całe auto, a potem pod­pal­ić.

Punk­tem wyjś­cia jed­nak powin­na być kwo­ta 32 tysię­cy zło­tych. Powtórzę: 32 tysię­cy pol­s­kich zło­tych. Tyle kosz­tu­je pod­sta­wowa wer­s­ja Rometa 4e. Jeśli chce­my ją troszeczkę doposażyć, to koszt rośnie do 36 tysię­cy.

Co jed­nak dosta­je­my w zami­an?

Najwięk­sze moto­ryza­cyjne kłamst­wo, jakiego byłem świad­kiem.

Ale od początku. Pro­du­cent twierdzi bowiem, że romet mon­towany jest w Polsce w sys­temie klasy­cznego w moto­ryza­cji między­nar­o­dowego łańcucha pod­dostaw­ców kom­po­nen­tów. I wszys­tko było­by w porząd­ku, gdy­by nagle się okaza­ło, że ten mod­el jest rebrandowanym, chińskim Yogo­mo MA4E.
Dodam, że słowem-kluczem jest „chińs­ki”. Bo jakość wyko­na­nia tego pro­duk­tu znaczą­co odb­ie­ga od pro­dukcji współczes­nej, czy to zachod­niej, czy nawet kra­jów dalekiego wschodu. Powiem więcej: to chińczyk w najbardziej klasy­cznej formie lat ’90: wyko­nany zupełnie bez jakiejkol­wiek dbałoś­ci.

W rezulta­cie otrzy­mu­je­my samochód, którego naj­solid­niejszym i najeste­ty­czniejszym ele­mentem jest… znaczek Rometa na masce i kierown­i­cy. Daj Boże, aby przy­na­jm­niej on został wypro­dukowany w Polsce.

Jestem niety­powym kierow­cą, bo dla mnie najważniejszy jest wygląd zewnętrzny samo­chodu.. Nie zważam aż tak na wnętrze, choć to w nim spędzam więk­szość cza­su byt­noś­ci z samo­cho­dem.

Jeżeli staniemy w odległoś­ci 4 metrów od Rometa 4e, to naszym oczom ukaże nieco zabaw­na, ale mimo nien­azbyt szpet­na syl­wet­ka auta. Wyglą­da troszkę niepoważnie, a jed­nocześnie jed­nak design jest na tyle pon­ad­cza­sowy, że na pewno nie zes­tarze­je się przed… decyzją ewen­tu­al­nych właś­ci­cieli o ska­sowa­niu tego pojaz­du. Tudzież o pod­pale­niu.

Dia­beł zawsze tkwi w szczegółach. Jeśli zaczniemy pod­chodz­ić do samo­chodu – a naprawdę odradzam! – naszym oczom zacznie ukazy­wać się coraz więcej niedoróbek. Ot, mas­ka, która dzi­wnie odsta­je od samo­chodu i zmusza nas do sprawdzenia czy na pewno jest zamknię­ta. Kiedy ją odchylimy, to nagle… zaczy­na opier­ać się o błot­ni­ki, kom­plet­nie rujnu­jąc fatal­ny laki­er. To pier­wszy punkt, gdzie znalazłem rdzę na zaled­wie rocznym samo­chodzie z prze­biegiem 3 tysię­cy kilo­metrów.

Próbu­je­my otworzyć drzwi. To następu­je bez emocji, acz ich zamknię­cie bywa trud­niejsze niż ten sam manewr w moim 31-let­nim tra­ban­cie, w którym tule­j­ki zaw­iasów już dawno się wybiły.

Emocji dostar­cza jed­nak otwar­cie klapy „bagażni­ka”. Za każdym razem, gdy to robiłem, miałem wraże­nie, że coś zep­sułem. Zamek dzi­ała w specy­ficzny sposób – przekrę­camy kluczyk i słyszymy bard­zo groźnie brzmiące „cyknię­cie”, które przy­pom­i­na raczej uszkodze­nie zapadek w zamku niż praw­idłową pracą. Ale po tym groźnym manewrze miłe zaskocze­nie – pokry­wa to szk­lana tafla, która wyglą­da solid­nie i este­ty­cznie. Wokół jed­nak pojaw­iło się jeszcze więcej plam rdzy – trud­no nawet orzec w jaki sposób, bo nie wyobrażam sobie, że w tak abstrak­cyjnych miejs­cach moż­na było uszkodz­ić laki­er uderzeni­a­mi.

Tak naprawdę pozosta­je nam ter­az otwar­cie klap­ki wlewu pali­wa, pod którym kry­je się gni­az­do do ład­owa­nia z sieci 230V. W nim znalazłem nie tylko dość solid­ną zakrętkę, ale i kole­jną rdzę. Bia­da jed­nak temu, kto się zamyśli przy pró­bie ład­owa­nia…

Klap­ka otwiera się bowiem tak sze­roko, że jeśli mamy tylne drzwi otwarte i chce­my je zamknąć… to z impetem wali w klap­kę. Aż stra­ch, że zaraz odpad­nie Ale tu się czepi­am, rac­ja.

A właśnie, auto ma czworo drzwi. W błędzie jest jed­nak ten, kto uważa, że moż­na nim przewieźć czworo osób. Wedle uzyskanej w Polsce homolo­gacji auto jest dwu­osobowe. W testowym egzem­plarzu mieliśmy jed­nak kanapę, a w zasadzie coś, co ją uda­je. Nie odmówiłem sobie przewiezienia kogoś na niej. Za testera posłużył Maciek, który wygod­nie się rozsi­adł i jedyne, na co narzekał, to… opar­cie kończące się na wysokoś­ci nerek.

Zad­owole­nie prysło, gdy zahamowałem (nawet niezbyt dynam­icznie). Maciek nie dość, że spadł z kanapy, to jeszcze zabrał ze sobą w przestrzeń za fote­la­mi opar­cie, plas­tikowe siedzisko i… kabel do ład­owa­nia.

Przez 10 min­ut staral­iśmy się poskładać to z powrotem. Choć chy­ba się jed­nak nam nie udało. W nowszych wer­s­jach tego wyposaże­nia już nie ma. Mamy za to spory bagażnik (o pojem­noś­ci 880 litrów, jak mówi pro­du­cent), który jest kom­plet­nie nieustawny. Do tego stop­nia, że nie da się poprawnie postaw­ić zgrzew­ki wody, nie mówiąc już na przykład o tor­bie ze sprzętem elek­tron­icznym – np. lap­toptem.

Wróćmy jed­nak do środ­ka. Mój szef stwierdz­ił, że plas­ti­ki pow­stały z zuży­tych opakowań po jogur­tach. Są cie­ni­utkie (każdy ugi­na się pod dotykiem!), a przy tym zaskaku­jące twarde. Co za tym idzie: błyskaw­icznie się rysu­ją, nawet od przyłoże­nia paznok­cia. Najwięk­szym jed­nak minusem jest jakość spa­sowa­nia ele­men­tów. Prak­ty­cznie żaden z nich nie pasu­je do sąsied­nich. Obok siebie widz­imy plas­ti­ki tak ściśnięte, że aż zachodzące na siebie, oraz… kilku­milimetrowe szpary. Najład­niej wyko­nany jest… czer­wony grzy­bek, który stanowi rolę raj­dowego „hebla”, odci­na­jąc całkowicie prąd w całym samo­chodzie. Całkiem rozsądne rozwiązanie, choć gdy nieopa­trznie go wciśniemy (albo zro­bi to złośli­wy pasażer), to musimy prze­jść całą pro­ce­durę zapłonu od zera: wyjąć kluczyk, wsadz­ić, przekrę­cić na drugą pozy­cję, poczekać aż załadu­je się sterown­ik i dopiero wtedy ruszyć. O ile oczy­wiś­cie wcześniej nie zapom­nieliśmy wrzu­cić luzu. Bo jeśli drążek został na D lub R – czeka nas powtór­ka z rozry­w­ki.

Obok grzy­b­ka zna­jdziemy mały, zielony przy­cisk, którym może­my uru­chomić tryb jazdy eko­nom­icznej. W trak­cie nor­mal­nej jazdy samochód rozpędza się do pręd­koś­ci oscy­lu­jącej wokół 62 km/h. Zuży­wa jed­nak więcej prą­du – wedle pro­du­cen­ta zasięg przy pełnym naład­owa­niu to około 90 kilo­metrów. Po uru­chomie­niu try­bu EKO pręd­kość granicz­na ogranic­zona jest do 42 km/h (nawet gdy swo­bod­nie toczymy się z gór­ki!). Zasięg rzeko­mo wzras­ta dwukrot­nie. Ale o real­nych wartoś­ci­ach nieco później.

W ramach wyposaże­nia otrzy­mu­je­my… dwa fotele, paskud­ną kierown­icę (z este­ty­cznym znaczkiem ROMETa), dmuchawę, radio i światła do jazdy dzi­en­nej. Ten ostat­ni patent wydawał­by się rozsąd­ny – w ciągu dnia może­my ich uży­wać w trak­cie jazdy, a jed­nocześnie zmniejsza się zapotrze­bowanie na prąd. Było­by to całkiem rozsądne, gdy­by… światła te w ogóle dzi­ałały! W żaden sposób nie udawało się uruchami­ać, więc w ciągu dnia jeźdz­iłem raczej bez świateł, a wiec­zo­ra­mi… widzi­ałem tylko rap­town­ie spada­ją­cy poziom naład­owa­nia aku­mu­la­torów.

Niewiele więcej mogę powiedzieć o radiu. Pomi­mo mechan­icznego wysunię­cia ante­ny nawet przez chwilę nie udało mi się zła­pać ŻADNEJ stacji. ŻADNEJ.

Najwięcej doświad­czeń – bo kil­ka min­ut – miałem z dmuchawą. Trud­no nawet mówić o jej wyda­jnoś­ci. Coś tam wieje, acz na pewno nie osusza zaparowanej szy­by. Zresztą najpierw trze­ba było ją uru­chomić, a tu udało mi się po uderze­niu pięś­cią w przy­cisk, kiedy ziry­towałem się na kilkukrotne, bezskuteczne naciskanie tegoż. Potem włącznik dzi­ałał do cza­su wpad­nię­cia w więk­szą dzi­urę. Na szczęś­cie pro­ce­du­ra siłowa przynosiła zawsze skutek.

Pro­du­cent jed­nak nie zale­ca uży­wa­nia dmuchawy, bo jej apetyt na prąd jest nieogranic­zony. Radzi… otwier­ać okna, nawet w mrozy, gdy auta najbardziej paru­ją.

Inna sprawa, że jaz­da w mrozy tym samo­cho­dem nam raczej nie grozi. Rometa testowałem na początku listopa­da, gdy tem­per­atu­ry oscy­lowały wokół 10 stop­ni na plusie. To wystar­cza­ją­co dużo, żeby nawet najbardziej zarżnięte diesle nie marudz­iły przy odpala­niu (zostaw­iam tu otwartą furtkę dla mojej astry, która marudz­iła nawet przy 30 stop­ni­ach).

Już pier­wszego dnia po prze­jecha­niu 30 kilo­metrów udało mi się naład­owany w 80% zestaw baterii doprowadz­ić do zera i zmo­bi­li­zować odpowied­nią ikonę na cyfrowej desce rozdziel­czej do mru­ga­nia. Zrzu­cam to jed­nak na karb mojego braku umiejęt­noś­ci prowadzenia tego pojaz­du. Z czego wynikała? Już wyjaś­ni­am.

Samochód nie hamu­je sil­nikiem. Jak wytłu­maczył mi wspom­ni­any Maciej, to przez brak układu reku­per­acji. W tym miejs­cu Jarzyn sko­or­dynował wykład o kras­nolud­kach, które przemieni­a­ją energię kine­ty­czną w potenc­jal­ną (lub na odwrót), a ta z powrotem lądu­je w aku­mu­la­torach. Ja to uproszczę: sil­nik w Rome­cie dzi­ała tylko do napędza­nia. W więk­szoś­ci elek­tryków może one jed­nak pełnić funkcję swois­tej prąd­ni­cy, gdy spuszcza­my nogę z pedału gazu. W rezulta­cie nie tylko samochód zaczy­na hamować sil­nikiem poprzez opór tego urządzenia, ale również doład­owywać aku­mu­la­to­ry, co dało­by kilka­naś­cie, a może nawet kilka­dziesiąt pro­cent zasięgu więcej.

Do braku oporu sil­ni­ka szy­bko się jed­nak przyzwycza­iłem, bowiem podob­nie jest w tra­ban­cie. Tamten sil­nik fak­ty­cznie hamu­je sil­nikiem, ale nie jest jed­nak to dla niego zdrowe. Wszak w pali­wie zaw­iera się olej smaru­ją­cy motor, a gdy spuszcza­my pedał gazu i nie wciskamy sprzęgła, do układu dociera go o wiele za mało.

Dlat­ego ja też próbowałem pokon­ać opór tej maszyny i wciąż wciskałem gaz. A było to bezcelowe. Wystar­czy rozpędz­ić auto do wyz­nac­zonej pręd­koś­ci i potem odłożyć na bok prawą nogę. Samochód pcha bezwład­ność, a auto spowal­nia jedynie opór opon (tanich, chińs­kich) i… pra­ca niedopa­sowanych hamul­ców tyl­nej osi.

Trze­ba jed­nak pamię­tać, że Romet nigdy nie będzie demonem pręd­koś­ci. Sil­nik ma bowiem 5kW, co w przelicze­niu daje osza­łami­a­jące… 6,8 konia mechan­icznego. To właśnie w tym aucie dowiedzi­ałem się jak stro­ma jest gór­ka przy sta­dion­ie Gwar­ka Zabrze. Jaka gór­ka, pyta­cie? No właśnie.

Specy­ficzne jest także ruszanie tym samo­cho­dem. Bez wzglę­du jak głęboko wciśniemy „przyspiesza­cz”, samochód nigdy nie ruszy dynam­icznie. W zwykłym try­bie jazdy rusza dos­to­jnie, w eko­nom­icznym – śla­mazarnie. Dopiero po pier­wszych kilku obro­tach dwu­nas­tocalowych kół auto zaczy­na się rozpędzać nieco dynam­iczniej i zaskaku­ją­co płyn­nie. To jed­nak zde­cy­dowanie za późno: w trak­cie testów spod świateł dwa razy objechał mnie maluch. W życiu nie sądz­iłem, że ich jeszcze tyle jeździ…

Tak słabe­mu sil­nikowi pra­cy nie ułatwia też waga auta, która się­ga 840 kilo­gramów (włącza­jąc aku­mu­la­to­ry). Kiedy więc zasi­adłem do tego auta, sumaryczny ciężar niebez­piecznie zaczął się zbliżać do tony.

Tony, która była wyjątkowo trud­na do udźwig­nię­cia dla tego samo­chodu. Moż­na było jed­nak się zaskoczyć samym prowadze­niem. Choć kierown­i­ca wyraźnie ma za duże przełoże­nie, a więc samochód sta­je się oporny przy manewrowa­niu, to jed­nak trud­no wytrą­cić go z równowa­gi w zakrę­tach. I to pomi­mo dość archaicznego zaw­ies­zona quazi-McPher­son­ów z przo­du i bel­ki z tyłu. Nie ma jed­nak róży bez kol­ców: tyl­na oś niemiłosiernie hała­su­je na dzi­u­rach. To tego stac­cat­to dochodzi jeszcze jęk tyl­nych hamul­ców bęb­nowych.

Zresztą to właśnie hamulce są jed­nym z najsłab­szych ele­men­tów. Siłą rzeczy – z powodu braku pod­ciśnienia w aucie – pozbaw­ione są wspo­ma­gania. Ale to nie wszys­tko: nawet gdy staniemy na ped­ale hamul­ca, okładziny cierne na tar­czach i w bęb­nach dzi­ała­ją raczej jako spowal­ni­acze. Pier­wsze wraże­nia są naprawdę zaskaku­jące i… prz­er­aża­jące.

Co jed­nak jest fajne w tym aucie? To świetne auto dla masochisty­cznie nastaw­ionych ekshibicjon­istów. Ci w końcu nigdzie się nie spieszą, więc na pewno nie spóźnią się takoż z powodu gwał­townego rozład­owa­nia baterii czy powol­noś­ci auta. A jed­nocześnie wyz­wolą pożą­danie we wszys­t­kich prze­chod­ni­ach i kierow­cach.

Bo chy­ba nie było niko­go, kto prze­chodz­ił koło tego auta obo­jęt­nie i nie przys­tawał choć na chwilę. Podob­nie z kierow­ca­mi cywili­zowanych aut – pokazy­wali pod­nie­sione do góry kciu­ki, uśmiechali się i grat­u­lowali.

Zupełnie bez sen­su.

P.S.: Słucha­j­cie najlep­szego: mając połowę baterii wybrałem się z Zaborza do Rokit­ni­cy (cir­ca 10 kilo­metrów). Prze­jechałem nieco pon­ad połowę dro­gi, gdy nagle… auto się rozład­owało. Resztka­mi sił, z pręd­koś­cią oscy­lu­jącą wokół 5 km/h, bez świateł dotoczyłem się do cen­trum, skąd sholował mnie kuzyn.

Całą drogę jechałem w try­bie eko­nom­icznym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

  • Czyli co nie kupować 😉 ?
    A tak serio to bard­zo szczegółowy opis…że też się chci­ało 🙂 Cena zwala z nóg za to co się dosta­je

  • Haha świet­ny opis. I tak bym nie kupił, jak dla mnie za malut­ki 😉 Moja dziew­czy­na tez by nie kupiła… podob­no brzy­d­ki kolor 😀