Nie pasują pasy?

Boczek niezły, felgi fajne!

Na początek aut­en­ty­cz­na dyk­teryj­ka. Byłem ostat­nio w zaprzy­jaźnionym warszta­cie. Jego właś­ci­ciel należy do grupy, których mój ojciec nazy­wa „sra­ją wyżej niż dupę noszą”. Przechadzał się po swoich włoś­ci­ach, po czym pal­cem wskazał na kosz na śmieci i pole­cił pra­cown­ikowi:
— Ewa­poruj te odpady!
— Eee… co?! — usłyszał w odpowiedzi.
— Wyp­ier­dol śmieci.

Ale do rzeczy. Przez całe lata byłem upar­cie zap­inałem pasy przy każdej możli­wej sposob­noś­ci. Łapałem się na tym, że owi­jałem się nimi nawet w trak­cie wyjeżdża­nia z garażu. Tylko po to, by za chwilę wyjechać z garażu, rozpiąć je, zamknąć garaż i znów zapiąć.

Ter­az nieco odpuś­ciłem. Może nie do tego stop­nia, co mój serdeczny druh. Kil­ka lat temu przes­tał zap­inać pasy na krót­kich dys­tansach, bo… nie. Obiecał sobie jed­nak, że wytr­wa w tym postanowie­niu do pier­wszego man­datu. I po bodaj czterech lat­ach polic­jan­ci cap­nęli go… 30 metrów od domu, po prze­jecha­niu dłuższego odcin­ka z pra­cy.

Ja jestem przy tym nieco bardziej upar­ty, a już w ogóle zwracam uwagę na pasażerów. Bo man­datów to ja za nich płacić nie będę. Ale zdarza mi się prze­jechać spod domu do garażu czy na pocztę bez owi­ja­nia się tą czarną taśmą, bo to w końcu blisko.

I ter­az powinien rozpę­tać się szum zaw­iedzionych głosów. Ale może się wam odmieni.

Na czołowym zdję­ciu zwykła corol­la E11 (czy tam E110). Ma może nieco nies­pa­sowany zderzak, ale sam miałem podob­nie w Wołowinie, bo nie zauważyłem trzy­dziesto­cen­tymetrowego krawężni­ka. Ale prze­jdźmy na drugą stronę samo­chodu.

Dziura. Po prostu dziura.

Im dalej w las, tym głębiej.
Im dalej w las, tym głę­biej.

Zadal­iś­cie sobie to samo pytanie, co ja? Czy kierow­ca żyje?

Jeszcze większa dziura.
Jeszcze więk­sza dziu­ra.

Tak, żyje. Mało tego – skończyło się na bolesnym, ale niegroźnym obi­ciu mied­ni­cy i żeber. Kieru­ją­ca tym autem postanow­iła zawró­cić na pod­wójnej ciągłej na DK88 w Gli­wicach. Ta dro­ga ma okrut­nie złą opinię, nazy­wa się ją drogą śmier­ci. W trak­cie manewru w jej bok uderzył samochód z pasa obok.

Pół fotela. Dla chudziny.
Pół fotela. Dla chudziny.

 

Kierow­cę wyrzu­ciło na fotel obok. Dlaczego? Bo nie chci­ało jej się zapiąć pasów. Tym razem się przy­far­ciło.

Fajkę dam temu, kto pas rozwinie ;-)
Fajkę dam temu, kto pas rozwinie 😉

A swo­ją drogą: strasznie zgnite pro­gi, nie?

 

 

  • Mam podob­nie jak opisy­wany zna­jomy — życie na krawędzi, adren­a­li­na przy napo­tykanych z prze­ci­wka radiowozach, gdy kręcę się po, niedużym skąd­inąd, mieś­cie 😉 Ale do fak­tu, że wszędzie mam blisko, dorzu­cam pokręt­ną logikę, że na moto­cyk­lu też się w nic nie zap­inam i mogę poruszać się po drodze. Moż­na zapy­tać, co ma piernik do wia­tra­ka — i zda­ję sobie sprawę, że nic. Zwykła przeko­ra 😉 I choć reszt­ki pra­wom­yśl­noś­ci nie poz­woliły­by mi wykon­ać takiego manewru, jak opisany z pod­wójną ciągłą, to liczę na to, że w warunk­ach miejs­kich ciężko o dachowanie, kiedy zapięte pasy są wskazane, za to właśnie w np. takiej sytu­acji ich nieza­pię­cie może być korzystne.