Krzyżowa sprawa

Co roku na przełomie październi­ka i listopa­da ze zdwo­joną siłą uświadami­am sobie jak wiele krzyży stoi przy pol­s­kich dro­gach, rozświ­et­lanych w tym okre­sie przez zapalane znicze. I nie mówię tu o szeregu kapliczek, które na co dzień po pros­tu śle­po prze­gapi­amy, a o krucy­fik­sach staw­ianych ku pamię­ci. Mają one wspom­i­nać tych, którzy zginęli na dro­gach.

Tylko jakoś nie widzę tych krzyży przy szpi­ta­lach.

Kil­ka miesię­cy temu zmarła moja bab­cia. Świet­na, serdecz­na i wyjątkowo ciepła kobi­eta, która prak­ty­cznie mnie wychowała. I upier­ała mnie w każdej pasji (nawet rzeź­bi­enia w tra­bie, choć uważała, że to trup i powinienem go odd­ać na złom lub inny skup butelek PET). Przy okazji kiedy miałem 4 czy 5 lat nauczyła mnie dodawać i ode­j­mować w słup­kach, czemu odd­awałem się pas­ja­mi. Wpoiłem sobie to do tego stop­nia, że do tej pory szy­b­ciej obliczam wszys­tko w ten sposób, niż czas potrzeb­ny na odszukanie aplikacji-kalku­la­to­ra w tele­fonie.

Zmarła w zasadzie z nie do koń­ca wyjaśnionych przy­czyn. Raczej kom­bi­nacji kilku chorób, częs­to przewlekłych. Po pros­tu starość, choć tak trochę z zaskoczenia. Wresz­cie: odeszła w szpi­talu. W szpi­talu, w którym zapewne tego dnia umarł ktoś jeszcze, a do kupy licząc przez te wszys­tkie lata – zwłok wywieziono z sal pewnie kilka­dziesiąt tysię­cy. A mimo tego jakoś pod tymi sala­mi, przy szpi­ta­lach, na pod­jeździe dla karetek nigdy nie widzi­ałem choć jed­nego znicza ku czci i pamię­ci.

Za to przy dro­gach stoi ich tyle, że mogły­by one zaw­sty­dz­ić zapewne nieje­den cmen­tarz wiejs­ki.

Rozu­miem, że trady­c­ja staw­ia­nia krzyży w miejs­cach, gdzie ktoś umarł nie jest nowa. W zasadzie już w śred­niowieczu krucy­fik­sem (a częś­ciej rzu­conym kamie­niem) czc­zono trag­iczne śmier­ci. Zwłaszcza te pow­iązane z wojskiem. I celowo piszę „wojskiem”, nie „wojną”, bowiem takie sym­bole staw­iano nawet w tych miejs­cach, gdzie ginęło trzech kom­plet­nie pijanych wojaków, którzy w trak­cie swo­jej libacji nagle się­gali za miecze i ści­nali z luboś­cią jakiegoś krnąbrnego wieprza. Potem rzu­cali się na nich wyposażeni w cepy czy kłon­ice (czymkol­wiek są) wieś­ni­a­ki i tłukły do cna. A później w ramach żalu i wspom­nienia soł­tys z ple­banem staw­iali krzyż, wspom­i­na­jąc ich.

Do tego zwycza­ju swo­je dołożyli też zmar­li w wyniku dżumy, cholery czy zwykłej grypy, jeśli padło ich dostate­cznie wielu.

Ale jakoś nikt nie świę­tował tego, że Ziemow­it z Chorej Wsuw­ki spadł z konia tak fer­al­nie, że skrę­cił sobie kark. Skrę­cił to skrę­cił, na cholerę drążyć.

A jed­nak w ciągu ostat­nich kilku­nas­tu lat pojaw­ił się masowy zwyczaj sakry­fikowa­nia miejsc, w których giną kierow­cy lub moto­cyk­liś­ci. Potem ci bied­ni krewni zami­ast pojechać na spoko­jny cmen­tarz, zapal­ić znicz i zmówić mod­l­itwę, to sta­ją na poboczu (daj Boże, żeby było) i robią dokład­nie to samo, mając za tło ryk rozpęd­zonych ciężarówek, debili z audi i plamy z wycieka­jącego ole­ju. Świę­tu­ją tak naprawdę kawałek pobocza, zbrud­zoną trawę i asfalt, który zapewne nada­je się do remon­tu. Pod­noszą do jakiejś nadrzęd­nej wartoś­ci kawałek dro­gi, którą prędzej czy później ktoś zry­je i położy na nowo.

Nie wspom­i­na­ją tego, który zginął. Nie opowiada­ją w jaki sposób zginął. Pod­kreśla­ją jedynie miejsce. Cza­sem tak paskudne, że kom­plet­nie niegodne takiego zachowa­nia.

A potem któryś z nich wpa­da na pomysł postaw­ienia met­alowego krzyża, z półmetrowym fun­da­mentem. I ten kawał met­alu rozry­wa karoser­ię kole­jnego samo­chodu, który prze­cież mógł wyjść z tego tylko porysowany. A przy okazji od nagłej utraty pręd­koś­ci kierow­ca tego auta również ginie, rozry­wa­jąc uprzed­nio rdzeń krę­gowy.