Chcę odblasków

Minęło kil­ka tygod­ni od wprowadzenia nowych przepisów, które nakłada­ją na pieszych spaceru­ją­cych nocą poza teren­em zabu­dowanym obow­iązek noszenia odblasków. Idea szczyt­na, ale… chy­ba nie ma aktu­al­nie przepisu, który bardziej by mnie wtur­biał.

Ta grafika nie ma nic wspólnego z tekstem. Wpisałem po prostu w wyszukiwarce googla "odblask" i oznaczyłem odpowiednią licencję, żebym mógł usnąć bez świadomości, że podpierniczam komuś pracę. I ten właśnie obrazek pojawił się w pierwszej dziesiątce, podbijając moje serce.
Ta grafi­ka nie ma nic wspól­nego z tek­stem. Wpisałem po pros­tu w wyszuki­warce googla “odblask” i oznaczyłem odpowied­nią licencję, żebym mógł usnąć bez świado­moś­ci, że pod­pier­niczam komuś pracę. I ten właśnie obrazek pojaw­ił się w pier­wszej dziesiątce, pod­bi­ja­jąc moje serce.

I nie chodzi tutaj o to, że z luboś­cią god­ną kuli­narnych zapędów Olafa Lubaszen­ki roz­jeżdżam pieszych, a potem z wyrazem sek­su­al­nego pod­niece­nia rozcier­am krew po masce i szy­bie. Nie mam na myśli też tego, że jestem oślepi­any blask­iem idio­ty­cznych kamizelek odblaskowych wpółtrzeźwych spacerow­iczów zat­acza­ją­cych się pobocza­mi pom­niejszych wiosek na Śląsku. Byna­jm­niej: ostat­ni raz w tere­nie niez­abu­dowanym jechałem chy­ba z dwa miesiące temu, a od tego cza­su kręcę się jak tłok w starej maździe po mias­tach. I tylko mias­tach. Wkurza mnie ten przepis, bo jego moc ogranic­zono tylko do tych dro­gowych szpar pomiędzy kole­jny­mi wiocha­mi. Jadę wczo­raj główną ulicą mias­ta wiec­zorową porą. Nie na tyle późną, żeby wszys­tkie dzi­ad­ki poza­mykały auta w garażach, a przed­staw­iciele hand­lowi popi­jali piwko, ciesząc się, że ich dzień w yarisie wresz­cie się skończył. Wręcz prze­ci­wnie – ruch był na tyle spory, że moje oko powoli zaczęło głupieć – to ośle­pi­one żarówą +60%, to zdekon­cen­trowane miga­ją­cym światełkiem row­erzysty, to wresz­cie zain­try­gowane odblaskowym znakiem, kole­jnym znakiem, trzy­dzi­estym znakiem, kur­wa, tysiąc osiem­nastym. I wtem na prze­jś­ciu pojaw­ił się najwięk­szy pies jaki widzi­ałem w tym tygod­niu. Gigant, wielkoś­ci krowy. A za nim ochoc­zo wkroczył młodz­ian z konku­biną, bezwład­nie macha­jącą tore­bką. Odziani na czarno ide­al­nie zlali się z czernią asfal­tu. Ich czworonóg wyglą­dał podob­nie – jak osmalony Belze­bub. I sam się zas­tanaw­iam w jak­iś sposób nie wziąłem ich w tro­je na maskę, nie wbiłem w szy­bę i nie roz­jechałem dalej. Jakim cud­em straża­cy nie musieli potem zdrapy­wać ich zwłok szpachelką, a potem zlać brunatną plamę, żar­tu­jąc jed­nocześnie z pierdów po fasolów­ce, którą ugo­tował im stażys­ta na zmi­an­ie. Jakimś psi węchem zła­pałem w ostat­niej chwili ich obec­ność i nacis­nąłem moc­no (ale nie tyle, by nazy­wać to awaryjnie) hamulec. Zatrzy­małem się nawet bez pisku, bez inter­wencji ABSu. I, kuźwa, pomyślałem sobie: jasne, chodzą jak chcą, ślepi jak barani. Ale to i tak była­by moja wina: na prze­jś­ciu byli, musi­ałem ich widzieć. A może zobaczyłbym ich wcześniej, gdy­by jak­iś odblask nosili na ręku, pies miał szel­ki z lam­peczką?