Road rage po śląsku

Fast lane, psia jucha!
Fast lane, psia jucha!

Przyz­na­ję się bez bicia, trochę nie odzy­wałem się. A zamilkłem, bo włączyłem się w przy­go­towa­nia Zabrza­ńs­kich Klasyków Nocą. Jeśli wich­er nie zaw­ieje, śnieg nie spad­nie, burzy nie będzie, to szyku­je się faj­na impreza.

Ale ja nie o tym. Zas­tanaw­iałem się wczo­raj, dlaczego ludzie tak częs­to wkur­wia­ją się za kierown­icą. Nie jestem wyjątkiem, sam się wkur­wiam z częs­totli­woś­cią dole­wa­nia ole­ju w mojej ex-astrze. Biję wtedy bied­ną kierown­icę, wrzeszczę na tych dro­gowych debili, licząc, że pomi­mo hała­su, zamknię­tych szyb i charko­tu porozry­wanej ple­cion­ki w Wołowinie, jed­nak mnie dosłyszą.

Dlaczego się wkur­wiamy? Znalazłem pręd­ko odpowiedź: bo ludzie jeżdżą jak pizdy.

Tak naprawdę tego tem­atu miało nie być. Przez ostat­nich kilka­naś­cie dni z uwagą stawałem na światłach i liczyłem czas, który mija od zapale­nia się zielonego światła do ruszenia samo­chodu przede mną. Zawsze było to o wiele za dużo. Będąc czwartym, pią­tym samo­cho­dem rusza­łem nawet pod 45 sekun­dach!

I jakoś wtedy rosło mi ciśnie­nie (krwi), zaczy­nałem się iry­tować. A od mojej iry­tacji do wybuchu frus­tracji dro­ga krót­sza niż grubość lakieru na lus­terku w Wołowinie (otarłem je ostat­nio… swe­trem!).

I rozsz­erzyłem w końcu powody naszego zden­er­wowa­nia. Raz, ludzie fak­ty­cznie jeżdżą jak pizdy, jak nać­pani wesel­ni­cy, bez żad­nego polo­tu, tem­pa, dynami­ki. Zagu­bi­eni są jak dzieci we mgle, zas­tanaw­ia­jąc się czy na pewno mogą ter­az zmienić pas, przyspieszyć, ominąć.

Dwa: człowiek zawsze się śpieszy.

Nie nigdy nie zrozu­miem. Jadę do sklepu po buł­ki: ogień, kur­wa, giń­cie wszys­tkie lebiedy! Pod­jadę w drodze z pra­cy na stację: podłączaj ten wąż jakoś żwiaw­iej, men­do! I tak w kółko, na okrągło, durś.

Najm­niej się den­er­wu­ję, kiedy naprawdę się spieszę. Wtedy sku­pi­ony na drodze jadę jak najbardziej opty­mal­ną drogą, sza­cu­ję, kom­bin­u­ję. Nie mam cza­su na wrza­s­ki.

Ale że zacząłem luzować, spieszę się mniej, insza’allah , bra­cia. I jakoś tak… bardziej się wkur­wiam.

Dlaczego? Bo ludzie jeżdżą jak pizdy.

A ze mnie jak­iś taki zim­ny drań.

  • Chwała wszys­tkim bożkom… A więc nie jestem sama! Ja to już sobie praw­ie rozpisałam ter­apię, zas­tanaw­iałam się, czy się nie prze­badać, bo może to hor­mo­ny albo chu­jwieco. Ale to się dzieje wszędzie, jak widzę…

    Ja rozu­miem, że nie wszyscy się spieszą, ale niech się snu­ją, gdy im nikt nie siedzi na dupie. Mi też się zdarza. Ale wiem, że gdy w lus­terku pojaw­ia się obiekt szyb­szy ode mnie, to lekkie dodanie gazu nie sprawi, że zami­ast pię­ciu, będę miała chwilowe spalanie rzę­du 20 l. Ale niee. Trze­ba się wlec, bo: “nikt mi nie będzie mówił”/“a ten gdzie się tak śpieszy?”/“o boże­boże, coś szy­bko nad­jechało, a może zahamu­ję?? albo nie, skręcę naty­ch­mi­ast bez migacza.”

    I potem człowiek wychodzi na jeszcze więk­szego, niż oni, debi­la bez mózgu, jak wari­acko wyprzedza zawalidrogę przy pier­wszej możli­wej sposob­noś­ci. No bo prze­cież wtedy już się nie da spoko­jnie… A może się da? Może to jed­nak hor­mo­ny? 😉
    No i tu się rodzi dylemat — nasz road rage i prob­le­my z anger-menedż­mentem czy cud­zy brak mózgu… Ja jed­nak uważam, że po pros­tu nie każde­mu jest pisane być kierow­cą. Pilotem. Strażakiem. Ale za kółko się każdy pcha. A bez zamu­laczy było­by prze­cież tak siel­sko i spoko­jnie. I dynam­icznie 😉

  • Pingback: Dwie zasady, których nie uczą na kursie > Wozim.pl()